Coś jest, później tego nie ma… Czyli ulotność popularności moim okiem

 

FLOP

Popularność, bycie na świeczniku całego show-biznesowego świata, albumy sprzedające się jak świeże bułeczki, dochodowe trasy koncertowe i… Nagle robi się cicho. To łańcuszek zdarzeń, który owinął się wokół szyi niejednej gwiazdy. We wpisie chciałbym przybliżyć efekt, który daje za duża popularność.

DOCZEKALI SIĘ…

LADY GAGA

Na pierwszej linii frontu stoi Lady Gaga. Co sprawiło, że nie robi już takiej furory jak w 2009 czy 2010 roku? Przypomnijmy. Album The Fame – cuda sprzedażowe działy się przy jego promocji. Najpierw Just Dance, później Poker Face, rekordy sprzedaży singli w wielu krajach świata. Później EP-ka, Bad Romance, Alejandro i Telephone z Beyonce. Dziewczyny, mimo obietnic w teledysku, nigdy już nie wróciły. Trasa koncertowa obejmująca areny, później całe stadiony. Lady Gaga była na samym szczycie, przyćmiła wszystko i wszystkich. Po wydaniu Born This Way było co raz słabiej i systematycznie traciła na popularności. Ludziom przejadły się newsy z jej życia i muzyki. Dziwne kreacje, kojarzenie jej osoby cały czas tylko z tą co się w mięso ubrała. Zaczęło to wszystko drażnić ludzi, którzy już przestali o niej mówić ‚o, to ta od Poker Face!’, a zaczęli ‚ ubrała się w mięso – wieśniara!’. Duża część Amerykanów uznała to za zabawę, oryginalność, dystans. A w naszym kraju jako, że wielu ludziom narobiła mięsnym lookiem apetytu, nie spotkało się to z sympatią – bo jak można marnować taki kawał świniaka?! Cebula… Nie pomógł kolejny album ARTPOP. Komercyjne wskaźniki Gagi pikowały ostro w dół. Wytwórni musiało się to bardzo nie spodobać i uważam, że sama zaleciła jej zaprzestanie z promocją płyty. Już po sprzedaży ok. 240 tys. egzemplarzy w pierwszym tygodniu, wszyscy mówili, że flop. Mieli rację, coś nie grało, bo poprzedni album sprzedał się w ponad milionowym nakładzie w samych Stanach. Cisza, cisza i nagle Gaga niespełna rok później wydaje nowy album jazzowy z Tonym Bennettem wypinając się tyłkiem do całego show-biznesu. Wyglądałoby to jak obraza na cały świat za komercyjną porażkę jej ostatniej muzyki, gdyby nie fakt, że o wspólnym albumie z Tonym mówiła już w 2012 roku. Liczę na to, że w pełni uniezależni się od wskazówek wytwórni, która przecież zarabia na ilości a nie jakości sprzedanej muzyki, zaszyje się w studio i nagra coś całkowicie po swojemu, niekoniecznie pop. Lady Gaga to megazdolna bestia!

DAVID GUETTA

Kolejnym przykładem na to, że popularność to bardzo kruchy materiał jest francuski DJ David Guetta. Wszyscy zapewne pamiętają jego Commander z Kelly Rowland, Titanium czy She Wolf z Sią. Ostatnio zauważyłem, że muzyka DJ-a nie budzi już takich emocji jak kiedyś. Mam na to swój pogląd. Mianowicie w czasie kiedy o Davidzie zrobiło się ciszej, pojawiła się nowa generacja twórców EDM z Avicii i Calvinem Harrisem na czele. Radia zalała fala puszczanego do znudzenia Wake Me Up, I Need You Love czy ostatnie wybryki przy konsoli Martina Garrixa. Myślę, że francuskiemu DJ’owi co raz ciężej idzie podążanie za trendem. Sam już przestał je kreować – teraz korzysta z twórczości innych. Przykładowo w najnowszym utworze The Whisperer z Sią ja słyszę Animals oraz Wizard Garrixa, dodatkowo refren to sample utworu Cher… Wcześniej też słyszałem dźwiękowe ściągi od Aviciiego. To wszystko sprawia, że Guetta staje się nudny, co raz nudniejszy. Już nie jest DJ numer jeden.

BRITNEY SPEARS

Britney zadebiutowała jeszcze jak ja byłem w powijakach i miałem trzy włosy na głowie. Była prawdziwym fenomenem przełomu wieków aż w końcu okrzyknięto ją Księżniczką Popu. Sukces gonił sukces. Ciężko za tym wszystkim było nadążyć. Nie dorastałem jako nastolatek przy jej muzyce i potrafie do jej fenomenu się zdystansować. Dla mnie jest rzadną artystką, a jedynie produktem i nabijaczem kasy dla wytwórni. Przy płycie Blackout zaczęła się staczać. Miała prawilną łysinę, problemy z psychiką i używkami. Doszło do tego, że jej ojciec musiał stać się jej mentorem i managerem majątku. Spears nigdy już nie wróciła z takim hukiem z jakim zadebiutowała i tak już zostanie, biorąc pod uwagę jej ostatnie wydawnictwa, o których komentarz wolę przemilczeć…

CHRISTINA AGUILERA

Kocham muzykę Christiny. Mogę w środku nocy zanucić co najmniej dziesięć jej piosenek. Jej popularność zbiega się z czasem panowania Britney. Właściwie to rzekomym tronem dzieliły się po równo. Aguilera to przykład gwiazdy spod skrzydeł Disneya z TALENTEM, a takie można policzyć na palcach jednej ręki. Wszystko w sukcesach komercyjnych grało, mówiąc dzisiejszym slangiem – hajs się zgadzał. Do momentu powrotu z albumem Bionic w 2010 roku. Źle trafila z jego wydaniem. Nadziała się wówczas na wielki kolec – Lady Gagę. 2010 rok należał do Germanotty i to ona dyktowała ówczesny trend na wszystko co z nią zwiazane. Christina na powrotny singiel wybrała Not Myself Tonight. Zarówno teledysk jak i utwór są zainspirowane Lady Gagą, jej ówczesnym lookiem i specyfiką oraz sado-maso. To był gwóźdź do trumny dla sprzedaży Bionic. Wszyscy łapali się za głowę jak taka artystka jak Aguilera, z własnym stylem, mogła zerżnąć wykorzystany dopiero co ruch przez Lady Gagę. Nikt nie chciał oglądać drugiej Gagi, a już na pewno nie wtedy kiedy ta prawdziwa była jeszcze na szczycie. Duża liczba fanów Aguilery ma przez to dozgonnego focha na Gagę. Obie grupy fanów cisną sobie jak tylko mogą, choć remiks Do What U Want Lady Gagi z Christiną tymczasowo to zasnuł mgłą. Współpraca dwóch flopniętych – powtarzam – tylko komercyjnie! Niemniej jednak, Bionic to prześwietny album i mimo małego zainteresowania nim na całym świecie, jest to muzyka godna polecenia.

NASTĘPNI W KOLEJCE…

TAYLOR SWIFT

Zapewne obecność Swift w tej części może niektórych zdziwić. Jej nowa płyta 1989 to hit sprzedażowy, bije wszystko inne pod tym względem na głowę. Różnica w samej muzyce jest raczej uwsteczniająca niż rozwojowa. Mianowicie Taylor wydaje się znudzona wizerunkiem dziewczynki ze słomianym kapelusikiem i gitarą w ręce wykonującą country. Jest chyba łakoma na sukces i postanowiła nagrać album pop, wiadomo dlaczego… Chce po prostu zaistnieć na rynkach gdzie country już nie jest tak pożądane jak w Stanach, czyli celuje przede wszystkim w Europę. Dotychczas jakoś nie mogła przebić ściany, która przebiegała przez granice USA. O sprzedażowych rekordach mówiło się przede wszystkim w kontekście jej rodzimego kraju, rzadko zwracano uwagę na sprzedaż gdzieś indziej. Ktoś wpadł na pomysł, aby to muzyka pop kierowała twórczością Swift. Niestety jak dla mnie razem z nią Taylor straciła całą swoją autentyczność i magię jaką miała przy muzyce country. A to według mnie prosta droga to nikąd. Może nie teraz. Może za lat dwa, trzy.

RIHANNA

To zdumiewające, ale jakoś ciężko wyłapać moment, w którym mówiło się o jakiejkolwiek płycie Rihanny ‚flop’. Choć sprzedaż jej albumów nigdy nie powalała na kolana, wokalistka broniła się zawrotną sprzedażą singli ze wszystkich siedmiu dotychczasowych wydawnictw. Ja jednak bawiąc się może i trochę w Nostradamusa, myślę, że nadejdzie koniec i tej dobrej passy… Uważam, że wytwórnia Barbadoski opracowała doskonały mechanizm ‚braku przesytu’ jej wizerunkiem i muzyką. Na przykład takiego działania można podać chociażby promocję szóstego studyjnego albumu Talk That Talk. Pierwszym singlem stało się We Found Love – to utwór numer jeden Rihanny jeśli chodzi o ogólnoświatowy sukces. I tu już zaczyna działać cała procedura… Drugim singlem zostaje You Da One. Teledysk o widocznie mniejszym wkładzie finansowym, mniej komercyjne brzmienie samej piosenki. Czas rzekomej promocji You Da One to odpoczynek dla publiki, czyli tzw. dozowanie przesytu – Rihanny nie może być za dużo, ale też nie za mało. Duet z Calvinem Harrisem przysłonił drugi singiel. Po tym jak wpływy na rynek We Found Love ustały, wydano na trzeci oficjalny singiel Where Have You Been. Piosenka ta osiągnęła już większy sukces niż You Da One. Znów w ruch poszła muzyka elektroniczna, znów radia zaczęły Rihannę grać częściej. I koło się zamyka. Kiedyś jej to pójdzie w pięty. Tyle.

KATY PERRY

Katy to na dzień dzisiejszy chyba największa gwiazda pop. Od czasów swojej drugiej studyjnej płyty (pierwszej wydanej pod pseudonimem Katy Perry) ostro miesza na listach przebojów. Teenage Dream dobrą passę przedłużyło i ugruntowało pozycję Perry w show-biznesie. O ile jej twórczość jeszcze miała dla mnie jakieś znaczenie za czasów nieco pop-rockowego oblicza, teraz jakoś ciężko jej swoją muzyką wkupić się w moje łaski. Ostatnia płyta Prism średnio spodobała mi się. Ma mnóstwo zapychaczy jak i piosenek stworzonych do radia. Cały ten wizerunek Katy ‚Radiofriendly’ Perry stawia ją na pozycji pasażera statku wytwórni, a nie jego kapitana. Dojdzie w końcu do tego, że jej nadal słodki, nużący już wizerunek odbije się czkawką Katy jak i wytwórni.

MILEY CYRUS

Już nie widzę Cyrus jako Hanny Montany. Jest jeszcze gorzej. Została naczelną skandalistką Stanów Zjednoczonych. Wszyscy pamiętają jej pląsy przed Robinem Thicke i tyłek kurczaka na zeszłorocznej gali VMA. To według mnie następna w kolejce, której w końcu się oberwie. Muzyka na Bangerz wydanym pod koniec 2013 roku jest niczego sobie zresztą… Same sprzeczności. Wydała dobry album i nie potrafi po ludzku go wypromować. Wkrótce żadne Wrecking Ball nie pomoże rozbić muru, który Miley sama sobie stawia – ba! – jest jego naczelnym Bobem Budowniczym! Niedługo wywinie orła o swój co raz dłuższy jęzor…

IGGY AZALEA

O Iggy usłyszałem w 2013 roku za sprawą singla Work i utworu My World. W tym roku Azalea postawiła na wydanie pełnego albumu studyjnego. Pierwszy singiel – wszystkim doskonale znane Fancy z Charli XCX oraz Black Widow z Ritą Orą przyniosły jej wielki sukces, dużo nominacji do przeróżnych nagród. Pierwszy singiel – duet. Drugi – podobnie. OK. Myślałem, że numer z reedycji The New Classic będzie solowy. A tu w Beg For It wraz z MO. To już dało mi do myślenia. Iggy postępuje troszkę tak jakby bała się wydać coś solowego na singiel. Gwoździem do trumny jej dalszych sukcesów jest to, że niemal przy każdym duecie to NIE ONA JEST GWIAZDĄ. W Fancy była to Charli, w Black Widow porywający refren Rity, w Beg For It jest podobnie… Koleżanki ją ,mówiąc najprościej, za każdym razem potrafią zdominować. Azaleę uważam za zdolną jednostkę tylko repetuar ma trochę niewdzięczny. To może spowodować, że jej show-biznesowe szczyty i billboardowe ekscytacje odejdą w zapomnienie.

I CI, KTÓRYM TO RACZEJ NIE GROZI…

ADELE

Adele to prawdziwy fenomen 2011 i 2012 roku. Od momentu wydania płyty 21 mówiło się o niej bardzo często, jej utwory wyróżniały się i nie zabiegały o komercyjny odbiór, a mimo to znajdowały całe grona słuchaczy. Brytyjska wokalistka uderzyła w odpowiednim momencie z 21. Spadło nieco zainteresowanie oklepanym popem, muzyką elektroniczną, więc ludzie dla wytchnienia znaleźli w jej muzyce ukojenie. Po zakończeniu ‚promocji krążka’ (raptem dwóch nisko budżetowych teledyskach dla samego prostego zilustrowania piosenek i pamiętnych występach na żywo) Adele zgarnęła hajs za rekordową sprzedaż 21, (w tej chwili ponad 25 mln egzemplarzy (!), czyli prawdopodobnie więcej niż wszystkie płyty Katy Perry razem wzięte), sprzątnęła m.in. Lady Gadze Grammy sprzed nosa i odeszła w cień. Została mamą, jest szczęśliwa. I bardzo mało jej jest w mediach. I ot cały pomysł! Z tym, że przez Adele przemawia totalna naturalność, szczerość i autentyczność. To prawdziwe objawienie ostatnich lat. Nie sądzę, aby przy takiej taktyce kiedyś jej notowania spełzły w dół.

P!NK

P!nk to też trochę taki cichy wąż (w pozytywnym tego słowa znaczeniu!). Od lat nagrywa muzykę opiewającą klimat pop-rock’a, a mimo to osiąga sukces. Rzadko lub nawet wcale mówi się o niej ‚flop’, ‚blee, fuj’. Wszystko dzięki temu, że P!nk to silna kobieta i przede wszystkim, artystka z krwi i kości. Wyprawia cuda na linach podczas koncertów (jest zawodową akrobatką!), zawsze tej występy to wielkie widowiska. I do tego głos – nieprzeciętny, mocno osadzony, silny. Wokalistka skrupulatnie zaprasza osoby do współpracy. Zdaje się mówić – jak coś ci się nie podoba to wynocha! I także buntowniczo brzmi jej muzyka. Wyda album raz na trzy, cztery lata i znajduje on zawsze grono odbiorców. Nikłe szanse według mnie na przesyt jej twórczością.

SIA

Niektórym się wydaje, że Sia zaczęła od współpracy z Davidem Guettą. Nic bardziej mylnego! Sia to już stara dyga w show-biznesie, choć sama bezpośrednio uczestniczyła w nim rzadko. Hity takie jak Diamonds Rihanny, Pretty Hurts Beyonce (które miało należeć do Perry lub Rihanny) czy współpraca nad albumem Bionic Aguilery to jej zasługa. Sia jako tekściarka jest bardzo cenioną osobą. Nadszedł jednak czas, aby to ona sama skosztowała trochę smaku sławy, bycia na piedestale. I tym sposobem pojawił się singiel Chandelier. Piosenka GENIALNA. Głos Sii to jej wielki dar i bardzo dobrze w utworze to słychać. Singiel stał się bardzo popularny nie tylko w Stanach – dużo zamieszania zrobił również w Europie. Pojawiła się płyta. Sia poszła krok dalej w swoim ‚czuciu się gwiazdą’ i była gościem kilku programów amerykańskiej telewizji, z których, aby podnieść sobie popularność, korzysta wiele tamtejszych gwiazd pop. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że za każdym razem śpiewając… Stała tyłem do sceny! To dowód na to, że chce, aby jej muzyka zyskała nowych słuchaczy, ale jednocześnie przy tym nie gwiazdorzy, nie macha tyłkiem – po prostu śpiewa (z resztą bardzo pięknie) i przypomina wszystkim, że przede wszystkim MUZYKA jest wyznacznikiem atrakcyjności całego wizerunku jaki artysta powinien stwarzać.

 

Azealia Banks – Broke With Expensive Taste (2014) – RECENZJA

 

BWET Cover  Azealia Banks – jeszcze ponad dwa lata temu jakby ktoś mnie o nią zapytał, nie miałbym pojęcia co powiedzieć. Całe moje zainteresowanie nią nastało wraz z informacją jakoby Azealia nagrała z Lady Gagą numer Red Flame na ARTPOP wydany w listopadzie zeszłego roku. Zacząłem w 2012 roku interesować się muzyką Banks. Już wtedy widziałem w jej muzyce jakąś specyfikę. To nie Nicki Minaj ani Iggy Azalea… W jej muzyce był jakiś inny pierwiastek. Dlatego też z taką niecierpliwością czekałem na nowy LP od raperki (a nawet i wokalistki!).

  Azealia wielokrotnie przekładała premierę płyty, kłóciła się z wytwórnią – jednym słowem – działo się. Raperka znana jest ze swojego ciętego języka i nieustępliwości – w kwestii muzyki to bardzo cenne cechy. Mając gdzieś namnażanie kasy wielkim wytwórniom postawiła na swoje – niedawno udostępniła CAŁY album ucinając wszelkie wątpliwości i potwierdzając swoją niezależność.

  Czekałem na tę muzykę bardzo długo. Co do zaoferowania moim okiem ma Broke With Expensive Taste?

  Nie będę pisał recenzji ‚track by track’. Powiem krótko – dla mnie ta płyta to REWOLUCJA i ZWYCIĘSTWO.

  Dużo dobrego dzieje się na tym albumie – Azealia ma naturalny flow, dzięki czemu piosenki są bardzo płynne, nie brzmią siłowo i brak w nich ‚efektu zadyszki’. Ponadto Banks bardzo dobrze śpiewa! I to również jej muzykę czyni wyjątkową – nie musi zapraszać do zaśpiewania refrenu gwiazd pop (nie mówię, że duety to zła rzecz). Jest artystką samowystarczalną i Broke With Expensive Taste to wyraźnie potwierdza.

  Bardzo dobrym przykładem połączenia rapu i śpiewu jest fenomenalne Gimme a Chance. Uwielbiam brak schematyczności w tym numerze. Jest dobry, bujający rap. Jest przeróżnorodna warstwa instrumentalna – hip-hop, sekcja dęta. No i nareszcie szczypta muzyki a’la latynoskiej, w której Banks brzmi fenomenalnie. To wszystko czyni ten numer takim lekkim, przyjemnym i ciekawym.

  Prawdziwą petardą albumu jest 212 w duecie z Lazy Jay’em. Piosenka była już dużo wcześniej znana, ale cieszy mnie fakt, że Banks postanowiła zamieścić ją na płycie. Pomijając to, że 212 zrobiło niezłego zamieszania na YouTube mając na koncie kilkadziesiąt milionów wyświetleń, bo nie to jest powinno być wyznacznikiem atrakcyjności muzyki, uważam, że Azealia ma powody do tego żeby chwalić się tym utworem. Numer jest bardzo porywający, nadający się absolutnie do tańczenia, choć brak w nim jakiegokolwiek elementu charakterystycznego dla typowej muzyki dance. Cenię Banks za to, że nie dąży do masowości.

  Na albumie są obecne wstawki typowe dla EDM. Przykładem nieprzesadnego połączenia EDM z dobrymi rapowanymi zwrotkami jest Ice Princess. To prawdziwa wisienka albumu i doskonały przykład na to jak świetnie brzmi przeskoczenie instrumentalu pomiędzy zwrotką a refrenem – zmiana klimatu w trakcie trwania jednej piosenki to duża zaleta wielu numerów na krążku.

  Mocny akcentem albumu jest utwór, który został wydany jako singiel zapowiadający album już w zeszłym roku – te wszystkie luki czasowe między singlami i samym albumem to wynik wcześniej wspomnianej premiery, stale przekładanej… Yung Rapunxel charakteryzuje się mocnym bitem,dynamicznym podszyciem i energicznym rapem. W refrenie głos Azealii brzmi agresywnie, bardzo ciekawie. Całość jest porywająca i warta uwagi. Słowem – utwór godny polecenia.

  Piosenką, która bezzwłocznie trafia na moją osobistą playlistę jest Soda. Kolejne połączenie dobrego wokalu z półrapem, łącznie z płynnymi przejściami między nimi. Według mnie piosenka nadaje się na ciekawy, taneczny remiks. Chętnie posłuchałbym jej w takiej odsłonie. Niemniej, wersję albumową uważam za bardzo udaną.

  Piosenką, która przywodzi mi na myśl plaże, wakacje, zabawę, czyli wszystko czego teraz potrzebuję ( ;) ) jest Chasing Time.

 

‚Check my watch, I had the future in my pocket

But I lost it when I gave it to you…’

 

  Warstwa instrumentalna, wokal i rap Azealii brzmią tu tak świeżo. Takiego czegoś w kobiecym rapie mi brakowało. Dobrze się stało, że numer został singlem. Azealia jest ogromnie uniwersalna, świetnie łączy dużo różnych muzycznych wrażeń, bardzo umiejętnie wciskając to wszystko w te 3-4 minuty trwania piosenki.

  Płyta jest obszerna, 16 tracków robi wrażenie. Piosenką numer 14 jest Nude Beach A – Go – Go. Po przesłuchaniu 13 poprzednich pozycji nie spodziewałem się już gwałtownego muzycznego przeskoku – ten numer zwalił mnie z nóg! Numer przypominający Wake Me Up Before You Go zespołu WHAM! w wykonaniu Banks. Brak tu rapu, jest za to świetnie przemyślany i wykonany wokal. Całość jest bardzo pozytywna, przebojowa, dynamiczna. Piosenka nie traci mocy, zaciekawia z każdą sekundą. Warstwa muzyczna powala – czy ja na pewno słucham tego samego albumu?

  Reasumując, wraz z Broke With Expensive Taste, Banks miażdży wiele przeprodukowanych wydawnictw koleżanek po fachu. Album jest przepełniony po same brzegi pomysłami, ciekawymi instrumentalami, charyzmą Azealii w wokalu i rapie. Dosyć mojego wywodu – to trzeba przesłuchać!

 

Tracklista:

  1. Idle Delilah
  2. Gimme a Chance
  3. Desperado
  4. JFK (feat. Theophilus London)
  5. 212 (feat. Lazy Jay)
  6. Wallface
  7. Heavy Metal and Reflective
  8. BBD
  9. Ice Princess
  10. Yung Rapunxel
  11. Soda
  12. Chasing Time
  13. Luxury
  14. Nude Beach A – Go – Go
  15. Miss Amor
  16. Miss Camaraderi

NAJLEPSZE UTWORY:

Gimme a Chance, 212 (feat. Lazy Jay), Ice Princess, Yung Rapunxel, Soda, Chasing Time, Luxury, Nude Beach A-Go-Go

NAJGORSZE UTWORY:

BRAK! (te niewymienione wyżej po prostu przypadły mi nieco mniej do gustu)

 

PLUSY:

- album nie jest przeprodukowany, a mimo to jest w nim mnóstwo różnorodności

- głęboko brzmiący rap i dobry wokal Banks

- pomysłowość, charyzma Banks – ARTRAP!

 

MINUSY:

- płyta nie ma rażących słabszych punktów

OCENA: 9/10

 

 

 

 

 

 

Lady Gaga – ARTPOP (2013) – RECENZJA

 

 

artpopcover

Ponad dwa lata czekania na nowy materiał Lady Gagi po płycie Born This Way. Dwa lata w jednej wielkiej niewiadomej, bo czego spodziewa się po nieprzewidywalnej artystce. W sierpniu 2013 roku ukazał się pierwszy singiel zapowiadający ARTPOP Applause. Już tytuł mocno sugerował jak może brzmieć ta piosenka – radiowo. Nie oszukujmy się – Lady Gaga zrobiła sobie odpoczynek od stacji radiowych po wydaniu zupełnie odbiegającego od masowosci You & I i Marry The Night, które odniosło umiarkowany sukces. Pierwszy raz z Applause zapoznałem się podczas premiery w radiu Kiss.FM. Przyznam, że pierwsze odsłuchanie nie zrobiło na mnie oszałamiającego wrażenia – niby zwykły popowy utwór, wokal Gagi na zaciśniętym gardle brzmiał jakoś inaczej (jest to nie lada umiejętność, ale wówczas tego nie doceniałem). Chciała nagrać popowy numer, z dość prostym tekstem i chwytliwym refrenem. Udało jej się to! Z tym, że w jaki sposób odnosi się to do wartości które ma nam przekazać album dumnie nazwany ARTPOP? Applause może nie jest wybitną kompozycją jednak wpisuje się w schemat muzyki popularnej. Piosenka uświadamia mi jak Lady Gaga musiała tęsknic za sceną, bo przecież nabawiła się ciężkiej kontuzji biodra podczas trasy koncertowej. Teledysk, mimo, że przez wielu wyśmiewany i niedoceniany, niesie ze sobą pewne przesłanie tylko należy go odpowiednio zinterpretować. Wróćmy jednak do muzyki.

 

ARTPOP otwiera totalnie zwariowana kompozycja Aura. Świetna gitarowa wstawka i wokal mają w sobie co ciekawego, taką tajemniczość i zaciekawiają już przy pierwszym odsłuchu. Warstwa instrumentalna całego utworu, mimo iż popowemu, nie czyni go tworem nadającym się do radia. Specyfika całej płyty polega na tym, że większość numerów jest w klimacie pop, ale takim nie do końca przeżartym komercją, radiowością. Muzykę elektroniczną i zbzikowane pomysły Gagi i garstki jej partnerów w studio nagraniowym trzeba po prostu zrozumie.

Uwagę moją przykuł utwór Venus. Inspiracja Abbą rzuciła mi się od razu w uszy. Jest to bardzo chwytliwy numer i myślę, że odniosłby spory sukces jako singiel, ale promocja ARTPOP spaliła na panewce tuż po problemach z teledyskiem do drugiego singla Do What U Want. Niemniej jednak, nie ujmuje to oczywiście całej płycie, bo przeciez promocja swoją drogą, a muzyka swoją i nie należy jej mieszać z czymkolwiek innym. Wokalnie Lady Gaga broni się w Venus. Słowa śmieszne, ale o to chodzi, bo muzyka pop ma bawić, a nie smucić!

 

Po odpoczynku od ery The Fame i zaszyciu się w studio, by nagrać nieco mroczniejsze The Fame Monster i Born This Way, Gaga chciała chyba wynagrodzić fanom czekanie na muzyke, za która ją pokochali w 2008 roku. Tym sposobem powstał utwór G.U.Y. (skrót od Girl Under You). Pisząc pierwotną wersję recenzji ARTPOP przewidziałem, że piosenka zostanie singlem. Jak na popowy utwór niczego jej nie brakuje. Ma bardzo dobry bridge, lecz refren i ciągłe powtarzanie „I wanna be that G.U.Y.” może co niektórych znurzyć. Choć z drugiej strony jest przez to bardzo łatwy do zanucenia. Uwazam Zedd‚a za bardzo dobrego DJ’a i jego współpraca z Gagą to dobry aspekt ARTPOP. Ciekawa muzyka electro-pop.

 

Kolejną kompozycją na płycie jest Sexxx Dreams, który wokalistka zaprezentowała na iTunes Festival, dwa miesiące przed wydaniem albumu. Ówczesna wersja różni się od wersji CD dodaniem chórków w refrenie. To dobry zabieg, bo bez nich refren brzmiałby pusto, cos by w nim brakowało. Sexxx Dreams jest zainspirowany klimatami z płyty Erotica Madonny jak i samego tytułowego singla. Nic nowego. Gaga brzmi tu seksownie, tajemniczo. Ogólne wrażenie po piosence jak najbardziej na plus.

 

Niestety na płycie jest jeden wielki koszmar. Mowa o Jewels & Drugs. Droga Gago, nie patrz na to, że nagrywanie gwiazd pop z raperami jest hot, trendy i w ogóle. Nie zawsze taki zabieg się udaje. Tym bardziej sprawiający wrażenie nagranego na siłę. Nic w tym numerze nie trzyma się kupy, chaos, chaos, chaos. Okropność.

 

Bardzo dobrą kompozycją jest MANiCURE. Taką Lady Gagę chcę słuchać! Mocne, zadziorne zwrotki i dynamiczny refren. Zabawna warstwa liryczna, nieco rockowy klimat i ogólny bardzo pozytywny odbiór piosenki wystarczą, aby zapisać ją do plusów krążka.

 

Pora na uznany przeze mnie za najlżejszy na płycie utwór. Do What U Want w towarzystwie R. Kelly to inne oblicze Gagi. Nieco klimatu R’nB, ciekawie brzmiące wokale w tym numerze oraz słowa odnoszące się nie tyle do relacji damsko- męskich, co krzyczące wręcz w stronę hejterów „Lady Gaga is fat!”, „Lady Gaga is a flop!”. Nie było lepszego wyjścia jak nagranie remiksu tego singla z podobnie niegdyś potraktowaną Christiną Aguilerą (z resztą, bardzo dobrego!). Do dziś chętnie słucham tego numeru. Mimo ukrytego przesłania, jest taki pozytywny w powierzchownym odbiorze.

 

Idąc dalej, na trackliście jest obecny również utwór tytułowy. Od takich piosenek wymaga się najwięcej, w końcu jakby nie patrzeć, są podobną wizytówką płyty jak single. Artpop to nagranie, które określiłbym mianem… Bezpiecznego. Fajerwerków wielkich Gadze nie udało się nim zrobić, ale też nie schrzaniła sprawy i nie wcisnęła byle czego. Refren ze słowami „my ARTPOP could mean anything” pozostaje dla mnie kwintesencją tej płyty i jej najlepszym określeniem. Dla jednych oznacza to, dla drugich tamto… Dla mnie ARTPOP to subiektywna wizja Gagi na to pojęcie. Jest to artystka widząca świat w innych barwach, która chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Doceniam ją za tą odmienność i nietuzinkowość.

 

Gaga nie daje zapomnieć, że ARTPOP to płyta elektroniczna w zabawnym wymiarze. Kolejnym utworem jest Swine, czyli nie tyle określenie zwierzęcia, ile opisanie osoby sprośnej, bezpruderyjnej. Tak też brzmi cała kompozycja – wyróżnia ją wielka dynamika w wokalu Lady Gagi i od roku fascynująca mnie warstwa instrumentalna tego utworu. Po wykrzyczeniu „Swine!” muzyka idealnie wpasowuje się w tytuł piosenki. Brzmi jakby ktoś dusił w studio nagraniowym wielką, różową świnie. Efekt przezabawny! Na taki pomysł mogła wpaść tylko Lady Gaga… Swine to utwór, który zdecydowanie odzwierciedla jedno z jej oblicz – szaleństwo, zabawę, muzykę elektroniczną połączoną z niebanalnym wokalem.

 

Artystka nie byłaby sobą, gdyby na którymś ze swoich solowych wydawnictw nie poruszyła tematu mody. Tym sposobem na płycie znalazły się dwie kompozycje, jedna po drugiej, które ściśle się z nią wiążą. Pierwszą z nich jest fenomenalna Donatella. Moim zdaniem to jest utwór, który zasługuje na znalezienie się na płycie nazwanej ARTPOP! Donatella pali wszystkich na ostrym gazie, jest bogatą suką i wyższą klasą – tak uważa Lady Gaga, która jest jej wielką przyjaciółką i to jej postanowiła zadedykować utwór. Megadynamika, ciekawy instrumental i efekt „wow!”, który wokalistka ma opanowany do perfekcji. Po roku od premiery ARTPOP uważam, że Donatella to zdecydowanie najlepszy numer na albumie.

 

Kolejnym modowym utworem jest Fashion!. Kiedyś Lady Gaga nagrała piosenkę o tytule Fashion, z tym, że oba tytuły odróżnia jedynie wykrzyknik. Dużym plusem artpopowego Fashion! jest fortepianowy początek i zachowanie autentycznego klimatu modowego wybiegu. Kompozycja ma pozytywny klimat, jest ciekawa i taka „lekkostrawna”. Co ciekawe, jednym z producentów utworu jest David Guetta. Ten jednak nie zaszalał ze swoimi klimatami, jego ingerencja wydaje się znikoma, dzięki czemu Fashion! zachowało znośną, gagową formę.

 

Lady Gaga postanowiła dać też szansę nowej generacji na współpracę przy płycie. Tym sposobem powstała piosenka Mary Jane Holland, której producentem jest młodziutki szwedzki DJ Madeon. Piosenka straciła swoje miejsce jako moja ulubiona z krążka na rzecz Donatelli. Niemniej jednak nadal ją doceniam za ciekawe brzmienie (szczególnie zwrotek), bo refren jest już nieco słabszy. Wokal Gagi jest tu wysoki, żywy, momentami agresywny. Bridge piosenki pod względem wokalnym absolutnie wymiata i działa jak najbardziej na korzyść piosence.

 

Płytę kończą (nie licząc wcześniej wspomnianego Applause) Dope i Gypsy. Pierwsza z tych kompozycji totalnie odstaje od klimatu płyty – jest smutna, przemawiają przez nią autentyczne emocje. Fortepian i Gaga to świetne połączenie i to się chyba nigdy nie zmieni. Jej głos jest tu wręcz naszpikowany uczuciami, targającymi ją emocjami. Brzmi to trochę teatralnie, ale taka właśnie jest Lady Gaga. Z kolei na Gypsy się zawiodłem. Piosenka brzmiała o niebo lepiej przy okazji jej wykonywanie podczas spotkania z fanami w Berlinie. Zagrana przy akompaniamencie fortepianu z przepięknym wokalem przemawiała do mnie bardziej. Wersja studyjna może i wokalnie się broni, za to elektronika jest w niej totalnie niepotrzebna. Są utwory, które genialnie brzmią w takiej wersji. Istnieją jednak i takie, którym to nie jest wskazane, a jednym z nich jest właśnie Gypsy.

 

Z perspektywy roku i osłuchaniu się z albumem nie zmieniam swojego zdania co do tego, że to bardzo dobry album, dość różnorodny, kolorowy i ryzykowny. Bije na głowę ostrożne Prism Katy Perry z przepisem wytwórni na łatwy sukces. Sukces to też dobra rzecz, ale czy nie lepiej skupić się na muzyce, która jest w tym wszystkim najważniejsza?

 

 

 

NAJLEPSZE UTWORY:

Donatella

Swine

Applause

MANiCURE

Venus

Mary Jane Holland

 

NAJGORSZE UTWORY:

Jewels & Drugs (feat. T.I, Too Short & Twista)

Gypsy (studyjna wersja)

 

PLUSY:

- dobre wokale Gagi, mimo elektronicznego klimatu płyty

- ogólna spójność płyty

- bogata inżynieria dźwiękowa

 

 

MINUSY:

- okropność Jewels & Drugs

- nagranie Gypsy z podrasowanym podkładem – czasami co za dużo, to niezdrowo

- niewykorzystanie potencjału niektórych utworów (nie wpływa to na ocenę płyty)

 

OCENA: 8,75/10

Jennifer Hudson – JHUD (2014) – RECENZJA

JHUD

Mój stosunek do muzyki Jennifer Hudson był do niedawna nieunormowany, a być może i nawet ignorowałem jej twórczość. Słuchałem jej pojedynczych piosenek – zawsze uważałem ją za tą, która jest poza trendami, przebojowością, ukryta gdzieś w odosobnieniu. Za sprawą najnowszej płyty JHUD, uznałem, że warto napisać o płycie kilka słów. Bardzo dużo znaczących.

 

Singli z płyty wcześniej nie miałem okazji przesłuchać, dlatego zapoznanie się z albumem zacząłem od piosenki numer jeden na trackliście, czyli Dangerous. Piosenka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła! Mocny, głęboko brzmiący wokal, niedrażniący słuchu instrumental to niewątpliwe zalety utworu. Hudson śpiewa z taką lekkością, niesiłowo, czerpię z tego 100 % przyjemności. Jest to jedna z najbardziej przebojowych kompozycji na krążku.

 

Tytułem, który jako kolejny rzucił mi się w oczy jest duet z Iggy Azaleą He Ain’t Goin’ Nowhere. Połączenie artystów reprezentujących skrajnie odmiennie gatunki muzyczne często kończy się klęską. Jennifer, mimo, iż przedstawia pierwszorzędne R’nB i soul dograła się z Iggy w tym numerze i całość brzmi naprawdę zachęcająco do wciśnięcia replay. Na płycie nie brakuje dobrych duetów. Kolejnym z nich jest Walk It Out nagrany we współpracy z dawno niesłyszanym i zapomnianym Timberlandem. Od zawsze drażniła mnie jego maniera jąkania, a cały szum wokół jego osoby uznawałem za przesadzony. Jednak tu nie narzuca nam swoich przyzwyczajeń. Hudson brzmi tu zmysłowo i bawi się swoim wokalem. Uwielbiam jej improwizacje wokalne na żywo, w studio też ich nie oszczędziła. Wszystko jest bardzo wiarygodne i takie naturalne w odbiorze ogólnym.

 

Jennifer Hudson to wokalistka wszechstronna. Pokusiła się również o nagranie i umieszczenie na krążku utworu tanecznego. Całość nie odnosi się w żadnym wypadku do „wartości” prezentowanym nam w komercyjnych i skorumpowanych radiach. W większości utworów warstwa muzyczna jest podkręcona do granic możliwości, aby tylko ukryć brak umiejętności wokalnych niektórych wokalistów. U Hudson nic tak nie wygląda. Mowa o piosence I Still Love You. Jennifer po raz kolejny udowadnia, że można nagrać utwór taneczny z ambicjami. Jej wokal w refrenach brzmi fenomenalnie! Przeskoczenie rejestrów w niektórych momentach też nie sprawia żadnego problemu.

 

Za prawdziwe mistrzostwo i perełkę na płycie uważam piosence numer 9. na trackliście, czyli Say It. To jedna z najbardziej dynamicznych kompozycji na JHUD. Łagodne przejście do refrenu, ale bez utraty mocy i usypiania. Każdy z nich kończy się słowami Say It zaśpiewanymi wysoko, bardzo ożywiająco.

 

Outro płyty, czyli utwór Moan, to emocjonalne, ale wysublimowane oblicze Hudson. Utworowi z założenia spokojnemu, nie brakuje charakteru. Charyzmatyczny głos i świetna warstwa liryczna dają mi poczucie muzycznego nasycenia. Jennifer, dziękuję Ci za ten utwór.

 

JHUD to potwierdzenie marki jaką jest Hudson – potężny, ale niesiłowy wokal, nienarzucająca się warstwa instrumentalna, dobre teksty i sto procent talentu. Muzyka Jennifer nabrała przebojowości, ale nie w komercyjnym wymiarze. Albumu nie cechuje przeprodukowanie dzięki czemu bardzo dobrze się go słucha. Oscar jest, Złotego Globa i Grammy też ma u siebie na półce, ale jak widać (a właściwie słychać) Jennifer nie wybiera się na radiowy podbój – raczej jej muzyka pozostanie dla zacieśnionego grona odbiorców. „If you love me, say it!”. Jennifer, z ręką na sercu mówię Tobie, że absolutnie kocham Twój nowy album i z niecierpliwością czekam na kolejny!

Bow down bitches, ale w stronę tej utalentowanej artystki!

 

 

 

 

NAJLEPSZE UTWORY:

 

Say It

 

He Ain’t Goin’ Nowhere (feat. Iggy Azalea)

 

I Still Love You

 

Dangerous

 

Walk It Out (feat. Timberland)

 

Moan

 

 

 

NAJGORSZE UTWORY:

 

brak!

 

 

PLUSY:

- wokal, wokal, wokal – brzmiący tak wiarygodnie i naturalnie

- teksty i nienarzucająca się muzyka, niezagłuszająca możliwości Jennifer

- brak „divatowości”, sztuczności, przez głos Jennifer przemawia naturalność i R’nB najwyższej próby

 

 

MINUSY:

 

- Uważam, że płyta nie ma słabych punktów. Jennifer wolała wrzucić na krążek 10 naprawdę dobrych numerów i podsycić apetyt, niż wydać album z 15-20 piosenkami o średniej jakości. Wybrała bezpieczniejszą alternatywę i za to chwała dla niej! Od dawna wiadomo, że EP-ki lub LP z max 10-11 piosenkami są generalnie lepszej jakości biorąc pod uwagę ogólny odbiór muzyki.

 

 

 

 

OCENA: 8,75/10

 

 

Katy Perry – Prism (2013) – RECENZJA

 

File:Prism cover.png

Muzyka Katy Perry to typowy pop – nie kombinuje przy nim zbyt długo, jest taki lekki, prosty i przyjemny. Kilka miesięcy temu w sieci pojawiły się zapowiedzi jakoby najnowszy album gwiazdy Prism, miałby być mroczniejszy od jej poprzednich wydawnictw. Niektóre osoby źle te doniesienia zinterpretowały i teraz wieszają na wokalistce psy o to, że wszystkich zrobiła, krótko mówiąc, w konia. Album powstawał w ciężkim dla Perry okresie i to wszystko. Czy głębsze emocjonalne przeżycia w sferze prywatnej odbiły się na jakości muzyki piosenkarki? Czy, podobnie jak Adele na płycie 21, wylała swoje żale śpiewając o różnych rodzajach miłości? Czy odnalazła siebie jako artystkę, podobnie jak uczyniła to Christina Aguilera na Back To Basics? Czy, być może, dalej uważa nastolatków jako swoje główne grono odbiorców?

Na pierwszy ogień poszedł singiel Roar, który otwiera także całość płyty. Polubiłem ten utwór, ale potrzebowałem na to sporo czasu. Piosenki o ryku jeszcze nie słyszałem. Jednak bardziej niż na nią, czekałem na teledysk – nie oszukujmy się – Katy Perry większość swoich singli miała dosyć przeciętnych, ale nie oszczędzała i nie oszczędza na klipach, które są w dzisiejszych czasach traktowane przez masy jako ‚wyznacznik zajebistości’ muzyki, przez co piosenki stawały się niemałymi hitami. Tak samo jest w przypadku Roar, choć utwór ten umieściłbym jako jeden z najbardziej udanych singli piosenkarki. Ma, jak to się mówi, świetne stadionowe zacięcie, w szczególności refren, który nadaje ton albumowi.

Osłuchując się z płytą od razu do gustu przypadła mi pozycja numer dwa, czyli piosenka o intrygującym tytule Legendary Lovers. Utwór ten wiąże się poniekąd z The One That Got Away z poprzedniej płyty Teenage Dream. Pasuje mi do tekstu i klimatu teledysku, w którym ginie ukochany Perry, a ich miłość staje się następnie legendą… To tylko moje osobiste spostrzeżenia, ale być może ktoś ma podobne. Ogólnie mówiąc Legendary Lovers to jedna z czołowych kompozycji na płycie, dość nietypowa z boskim bridgem. Z pewnością stanie się singlem.

Uwaga zwraca również kompozycja wyrwana żywcem z tanecznych lat ’90, czyli Walking On Air. Instrumental brzmi jak 1000 ówczesnych szlagierowych parkietowych hitów. W sumie ciekawy eksperyment, piosenka idealna na wakacyjną podróż samochodem. To właśnie magia muzyki Katy Perry – mnóstwo jej piosenek przywodzi mi na myśl pozytywne letnie wspomnienia. Walking On Air to drugi mój kandydat na singiel. Sądzę, że wytwórnia Katy wyda go na przełomie wiosny i lata – to byłby świetny ruch.

Warto byłoby też co nieco wspomnieć o drugim oficjalnym singlu z Prism, czyli Unconditionally. Jest to jedna z najbardziej męczących pozycji na płycie. Nie potrafię przekonać się do tego utworu. Jednak wiadomą rzeczą jest, że teledysk, jak tylko się pojawi, pomoże piosence na listach przebojów. To coś jak kupa zawinięta w sreberko po czekoladce. Występy na żywo z tym utworem będą potworną dla Katy męczarnią jak nie podszkoli się w kwestii wokalu, bo oglądanie jej występów live, szczerze mówiąc, nie jest górnolotnym przeżyciem.

Odwrotna sytuacja jest z piosenką Dark Horse nagraną z Juicy J. Początkowo irytował mnie niewypałowy refren, któremu brak mocy jednak z czasem stwierdzam, że nie wyobrażam sobie już inaczej tej piosenki. Od wysokich dźwięków w rozpędzającym się refrenie do miękkiego lądowania w postaci hip-hopowego bitu. Dark Horse to prawdziwy czarny koń albumu.

Piosenką, która bezzwłocznie znalazła się w mojej playliście jest This Is How We Do. Wiem, ciężko się w niej doszukać czegoś rewolucyjnego, ale mnie utwór ten dostarcza wystarczająco dużo dobrych przeżyć jak na kompozycję czysto popową. Podoba mi się końcówka, w której Katy mówi żeby bit wrócił. Wyczuwam kolejny letni hit Perry.

Kolejną część albumu do piosenki Double Rainbow uważam za nudę. Nieznośne, obijające się o banał Love Me czy International Smile powodują, że płyta pod koniec zwyczajnie zdycha. Tekst do Double Rainbow rozwala wszelkie systemy – Pani Agnieszka Osiecka przewraca się w grobie:

Ponieważ Cię rozumiem, zgadzamy się
Jak podwójna tęcza na niebie
I gdziekolwiek byś nie poszedł, pójdę z Tobą
Bo ciężko jest znaleźć podwójną tęczę

Katy, really? ;_;. Aż ciężko uwierzyć, że piosenkę tę pisały trzy osoby, a wśród nich wielokrotnie przeze mnie chwalona za ambitne teksty …Sia Furler?!

Album Prism jest jednak wyposażony w całkiem mocną linię obrony w postaci piosenek z edycji deluxe, ale o tym później.

Po aż pięciu piosenkach powodujących jeden wielki ziew napotykamy zamykające standardową wersję By The Grace Of God. To świetny numer! Mógłby zostać wydany jako singiel zamiast okropnego Unconditionally. Piosenka spokojna, nagrana przemyślanie, nadająca szczypty ambicji Prism. Niewątpliwie pozytywnie wpływa na moją ocenę całości.

Jednak zanim zastanowię się nad oceną, wspomnę co nieco o utworach z edycji deluxe. Piosenki takie jak Spiritual czy Choose Your Battles wnoszą nową jakość do muzyki Katy. Takiej jej jeszcze nie słyszałem. Dziwne jest to, że nie znalazły się na standardzie, bo są o niebo lepsze od co najmniej ¾ całości albumu.

Reasumując, spodziewałem się czegoś znacznie lepszego po tym jak Katy grzebała swój poprzedni wizerunek. Oczekiwałem transformacji, odrodzenia. Wiadomą rzeczą było, że stworzenie z niej heavymetalowca czy raperki sprowadziłoby ją i wytwórnię na muzyczny śmietnik, bo jej rozpiętość repertuaru jest żenująco wąska. Jednak cieszy mnie fakt, że znalazło się na krążku parę piosenek, do których z chęcią będę wracał, ale wielkiego wrażenia Prism na mnie nie zrobił. Ciężko przechodzi mi przez myśl fakt, że taka do niedawna, niepozorna Miley Cyrus nagrała lepszy album pop.

Najlepsze utwory: Roar, Legendary Lovers, Dark Horse (ft. Juicy J), Walking On Air, This Is How We Do, By The Grace Of God, Spiritual, Choose Your Battles

Najgorsze utwory: Unconditionally, International Smile, Love Me, Double Rainbow, This Moment

PLUSY:

  •     piosenki z edycji deluxe,

  •     trzy najlepsze pozycje, czyli Legendary Lovers, By The Grace Of God i Dark Horse,

  •     w końcu Katy eksperymentuje ze swoim popem np. w Walking On Air,

  •     ciekawa inżynieria dźwiękowa w takich utworach jak Legendary Lovers czy By The Grace Of God,

  •     wkład Katy w pisanie tekstów i produkcję By The Grace Of God oraz Choose Your Battles.

MINUSY:

  •     sporo banalnych zapychaczy w postaci Love Me czy This Moment,

  •     nierówny poziom płyty choć i tak bardziej ustabilizowany niż w przypadku Teenage Dream.

OCENA: 6,75/10

 

 

Miley Cyrus – Bangerz (2013) – RECENZJA

 

File:Miley Cyrus Bangerz (Album Cover).jpg

Przed odsłuchaniem płyty Bangerz zastanawiałem się czy Miley Cyrus uda się kiedykolwiek oderwać od wizerunku nakreślonego jej przez producentów odmóżdżającego serialu dla 10-latek Hannah Montana. Cyrus przeszła niesamowitą przemianę – muzyczną na plus, wizerunkową na minus.

Po usłyszeniu pierwszego singla We Can’t Stop nie spodziewałem się na albumie jakichś wielkich fajerwerków. Piosenka ta to zwykły przeciętniak. Jednak pod koniec sierpnia premierę miała druga piosenka promująca album Wrecking Ball. Przy niej warto się zatrzymać na dłużej. Jest naprawdę dobra! Z nieco zmieszanym nastrojem przysiadłem do odsłuchania całość krążka Bangerz.

Płytę otwiera świetny numer Adore You. Jest to bardzo spokojna kompozycja, zmuszająca do refleksji. Lubię taki nastrój, ale w życiu nie spodziewałbym się, że na albumie zatytułowanym Bangerz, gdzie sprowadza on mnie na myśl o wielu klubowych bangerach, znajdzie się miejsce dla takich piosenek. Już na początku Cyrus łapie spory plus!

http://www.youtube.com/watch?v=RF1Bp8euHq8

Do bardzo dobrych pozycji mogę także zaliczyć 4×4 w duecie z Nelly‚m. Piosenka jest bardzo skoczna. Wydaje się momentami nieco inspirowana muzyką country z knajpy z Dzikiego Zachodu, ale nie mylcie tego z dziewuszką ze słomianym kapeluszem Taylor Swift (głównie chodzi tu o harmonijkę, która gdzieniegdzie przebija się w instrumentalu). Zawsze coś innego. Kwestia Nelly’ego pasuje tutaj i jej także słucha się dobrze. 4X4 to jeden z moich faworytów jeśli chodzi o ten krążek.

Bardzo dobrą propozycją jest także My Darlin z Future. Jest to, w odróżnieniu od 4×4, spokojniejsza piosenka, także mająca w sobie ‚to coś’. Chce się jej słuchać więcej i więcej. Głos Future brzmi tu rozpaczliwie co dodaje tej piosence kolejną dawkę emocji. W My Darlin w birdge’u użyto, jak ja to określam, znośnego dubstepu, czyli takiego, który przejdzie nawet przez najmniej rozrywkowe gusta muzyczne. Nieprzesadzony, przemyślanie użyty.

Petardą albumu Bangerz jest FU z French Montaną. Widać, że Miley lub jej wytwórni, zależało na czymś ciekawym, ambitniejszym i nie tak pospolitym. Dubstep w FU pasuje idealnie i przyjemną rzeczą jest posłuchać go jako zgrabnie wkomponowane tło, a nie jako pierwszoplanowy szereg dźwięków, choć nie ukrywam – taki też uwielbiam.

Jedną z bardziej komercyjnych kompozycji stworzonej pod radiowe gusta jest Do My Thang. Polubiłem ten utwór. Ma chwytliwy, łatwy do zapamiętania refren i to głównie czyni tę piosenkę dobrą. Co prawda, to nie jest electro-pop z górnej półki, ale sądzę, że radia ta piosenka dałaby radę zwojować.

Przechodząc do słabszych punktów Bangerz, jako pierwsze nasuwa mi się na myśl okropnie puste SMS (Bangerz) nagrane… z Britney Spears! Tak, tak, tej Britney od Sometimes, od Born To Make You Happy. Nie trzeba być Nostradamusem żeby można było przewidzieć ich duet, ponieważ współpracują z tym samym managerem, a cała produkcja zacierała rączki mając z ich kolaboracji niezłe pieniążki. Niestety duet jest kompletnie nieudany, prostacki. Nieznośna piosenka.

Ogólne wrażenie po odsłuchaniu Bangerz jest bardzo dobre – nie spodziewałem się po Miley takiego materiału. Jest on w pewien sposób przełomowy, ale w zakresie działalności muzycznej Cyrus. Uważam, że raz na zawsze pozbyła się tą płytą łatki Hannah Montany. Można? Można!

Najlepsze utwory: Wrecking Ball, Adore You, 4×4 (feat. Nelly), Drive, Do My Thang, FU (feat. French Montana), My Darlin (feat. Future)

Najgorsze utwory: SMS (Bangerz) (feat. Britney Spears), We Can’t Stop

PLUSY:

 

  • większość duetów jest bardzo udana,

  • dozowanie rozrywkowości albumu – nie zrobiono z niego techno-sieczki,

  • lepszy w porównaniu do poprzedniej twórczości wokal Miley,

  • świetne Wrecking Ball.

MINUSY:

  •  okropność nad okropnościami, czyli SMS (Bangerz), dodany do tracklisty chyba tylko dlatego, bo z Britney…,
  •  wybranie We Can’t Stop na pierwszy singiel.

 

 

OCENA: 7,75/10

 

Jessie J – Alive (2013) – RECENZJA

 File:Jessie J Alive (Official album cover).png

Jessie J to już niby światowa gwiazda – ma miliony polubień na Facebooku, kilka dobrych hitów z debiutanckiego albumu i przyjemny, pozytywny wizerunek. Jednak zawsze stawiana jest pod Rihanną czy Katy Perry. Wrzesień przyniósł nam nowy materiał od gwiazdy zatytułowany Alive. Czy warto zwrócić uwagę na niego na dłużej?
Płytę otwiera numer It’s My Party. Co odróżnia ten utwór od typowego radiowego grania opiewającego takie klimaty, to nieprzeciętny wokal Jessie J. Można do tanecznego kawałka zaśpiewać dobrze bez zbędnych przeróbek wokalu? Można!

Numer dwa, to już spokojniejsze granie, mimo burzliwego tytułu. Piosenka Thunder to bardzo dobra pozycja. Wokal Jessie, mimo, że spokojniejszy, nadal brzmi bardzo charakterystycznie. Jak dla mnie, jej głos jest jednym z najbardziej charakterystycznych wokali w środowisku popowym.
Idąc dalej, napotykamy kompozycję o tytule Square One. Lubię ją. Widać, że Jessie zależało na nagraniu czegoś popowego, ale z nutką jakiejkolwiek ambicji. Jak mało piosenek popowych w tych czasach ma w sobie jakąś wartość, nawet refren wart jest zwrócenia uwagi:

Nie chcę trzymać się za rękę z nieznajomym
Nie chcę chodzić gdy właśnie nauczyłam się biegać
Nie chcę się martwić, bo to leży w ludzkiej naturze
Nie chcę wracać, wracać, wracać, wracać do punktu wyjścia

Kolejnym utworem jest Sexy Lady. Bardzo lubię refren tego numeru – jest taki bardzo w stylu Jessie. Spodobała mi się gitarowa wstawka, która grając gdzieś tam w tle przez całą piosenkę, wyszła w końcu na pierwszy plan. Ale takich zabiegów w bridge’u było tysiące. Nic odkrywczego, ale to i tak bardzo przyjemne.
Numer 5, to utwór Harder We Fall. Słuchając pierwszych sekund utworu, już miałem ochotę uderzyć głośnikiem o ścianę… Myślę sobie: ‚Kurde, kto tu dał Maleńczuka?!‚. Skojarzenie z utworem, który leci ‚Wierzę jej… Czy nie wierzę[...]‚, który prześladował mnie, gdy słuchałem radia, miałem dobre. W kolejnych sekundach odtwarzania utwór Harder We Fall nie poprawił zbytnio zszarganej już na początku opinii. Patrzę na produkcję, a tu napisane: Dr. Luke i Cirkut. Co? To niemożliwe… Potencjału hitowego w tym utworze nie dostrzegam, a przecież od tego są ci dwaj panowie.
Pod numerem szóstym kryje się utwór napisany m.in. przez bardzo cenioną tekściarkę i wokalistkę Się. Piosenka Breathe to jedna z najlepszych pozycji na krążku. Współpraca przy tworzeniu tekstu z Sią opłaciła się:

Spadając pod presją mogę poczuć się niczym motyl
Więc dmuchałeś we mnie dymem
Rozświetliłeś mnie

Mogę być dziełem twojego życia
Pokaż mi tylko czego chcesz tej nocy

Tylko lista osób, które tworzyły teksty piosenek na tym krążku jest bardzo długa i cała autentyczność tekstów pani Furler ginie w tym tłumie.
Pozostałymi piosenkami, na które warto zwrócić uwagę są spokojne fortepianowe I Miss Her, zadziorne z potencjałem hitowym Excuse My Rude w duecie z Becky G oraz Conquer The World z Brandy, które zasługuje na stanie się singlem. Według mnie Jessie J zrobiła błąd robiąc z utworu Wild główny singiel z płyty. Brak w nim takiej prawdziwej Jessie z czasów świetnie przyjętego Who You Are. Tam każda piosenka coś znaczyła, miała jakieś głębsze przesłanie np. Who’s Laughing Now.
Standardową wersję albumu Alive zamyka utwór tytułowy. Całość jest całkiem zjadliwa, ale pod koniec pojawia się maszerujący bit robiąc z tej piosenki zupełnie coś innego niż była na początku. Efekt? Średni.
Reasumując płyta Alive nie jest zła, ale raczej nie powtórzy sukcesu swojej poprzedniczki. Mówi się, że kariera nabiera tempa po wydaniu dobrego drugiego albumu studyjnego. W przypadku Jessie nie będziemy mieć do czynienia z rozwojem tego aspektu, bardzo ważnego dla wokalistek pop, których muzyka przecież ma trafiać do wielu odbiorców.

Najlepsze utwory: Conquer The World (feat. Brandy), Breathe, Sexy Lady, Thunder, It’s My Party, Excuse My Rude (feat. Becky G)

Najgorsze utwory: Alive, Daydreamin, Gold, Harder We Fall

PLUSY:
- przykuwające uwagę duety Excuse My Rude i Conquer The World,
- większość tekstów piosenek,
- wokal Jessie J który, mimo kilku przeciętnych kompozycji, trzyma poziom od czasów Who You Are.

MINUSY:
- nieznośnie Harder We Fall,
- tragiczna okładka (nie wpływa na ocenę krążka),
- wydanie Wild na pierwszy singiel i brak cech charakterystycznych krążka, czegoś po czym będzie mógł być zapamiętany.

OCENA: 6,5/10

Christina Aguilera – Lotus (2012) – RECENZJA

Jako, że album Bionic spodobał mi się: był różnorodny, dopracowany, elektroniczny, a przy tym niebanalny, postanowiłem, że posłucham nowej propozycji od Christiny Aguilery o, jakże egzotycznym tytule, Lotus. Czy dwa lata po poprzednim albumie starczyły artystce na przygotowanie jego godnego następcy? Przekonajmy się.

Zaczyna się całkiem fajnym intrem zatytułowanym tak samo jak płyta. Utwór wzbudza ciekawość, przyjemnie zaprasza do odsłuchania całości, jest nieco tajemniczy. Różnicy pomiędzy końcówką intra, a początkiem następnego utworu prawie nie słychać. Lotus bowiem łączy się z Army Of Me. Słuchając tego utworu mam wrażenie, że nie ma w nim jakiegoś gwoździa programu. Refren jest, mimo, że mocno przez Christinę zaśpiewany, po prostu nudny, brakuje w nim akcji. Pytam się co dalej? To ta jej armia?

Nie podoba mi się też następny track zatytułowany Red Hot Kinda Love. Miał chyba wywrzeć zabawny efekt. Nie wyszło. Dla mnie to strasznie przekombinowany utwór, który mnie denerwuje jak go słucham. Zacząłem się zastanawiać co się stało z tą seksowną, interesującą Aguilerą z czasów Bionic. Czyżby zapadła się na dobre? No i nadszedł ratunek. Make The World Move, to świetna, dynamiczna i niegłupia piosenka nagrana z Cee Lo Green’em. Jeżeli Christina nie porzuciła jeszcze planów promocyjnych Lotus, to powinna wypuścić ten utwór jako kolejny singiel z krążka. Ja się świetnie przy tym bawię. TO jest utwór zabawny! Make The World Move na stałe gości w moim odtwarzaczu.

Pod numerem piątym skrywa się, jak dla mnie, najlepsza pozycja na albumie. Your Body, to genialny utwór z fenomenalnym refrenem. Mimo, że to jedna z najbardziej komercyjnych pozycji na Lotus, piosenka nie zdobyła dużej popularności. Your Body, to świetny utwór. W moim rocznym podsumowaniu 2012 roku uplasował się na 10. miejscu. Od tamtego czasu sporo się zmieniło i podejrzewam, że jeżeli teraz miałbym ułożyć kolejność TOP-owych utworów zeszłego roku, Your Body znalazłoby się w TOP 5. Idąc dalej, napotykamy utwór Let There Be Love. Nie jest on zły. Lubię muzykę rozrywkową w takim bardzo komercyjnym wydaniu. Piosenka ta, to utwór typowo radiowy jednak przed wpadnięciem do studni, w której kiszą się bardzo do siebie podobne komercyjne utwory, Let There Be Love ratuje nieprzeciętny wokal Christiny. Na żywo jednak wykonanie nie powala. Wolę wersję studyjną.

Nuda, nuda, nuda pod numerem 7. Sing For Me nie jest dla mnie. Utwór o takim średnio-wolnym tempie powinien mnie chociaż zaintrygować w jakiś sposób. Ciekawie słucha się jedynie refrenu. Reszta jest niedużo gorsza, mimo, to ciągle mam wrażenie, że ten utwór już słyszałem. Już wystarczy. I ta końcówka, czyli popisywanie się swoim głosem. Ok, w porządku, Christina ma czym się popisywać, ale niech nie robi tego tak dużo na żywo, bo po prostu jej to już tak dobrze nie wychodzi jak w studiu. Często słuchając jej występów, mnóstwo ich czasu zajmują odgłosy jękopodobne. To, na dłuższą metę, strasznie drażniące. Często oglądam występy live przeróżnych gwiazd. Całkiem niedawno obejrzałem występ z piosenką You Lost Me pochodzącą z poprzedniego albumu – Bionic. Cały czas siedziałem w obawie, że Aguilera w końcu zafałszuje, bo co jak co, ale poprzeczkę to ona lubi sobie stawiać wysoko. Nie byłem zadowolony z tego występu. Nie powalił mnie, za to wersja studyjna tysiąckrotnie lepsza. Czasami tak bywa.

Ciekawym utworem, który miałem okazję usłyszeć jeszcze przed premierą całej płyty jest Blank Page. Takie utwory ‚hurtopodobne’ wychodzą Christinie wciąż bardzo dobrze, a jak są pozbawione zbędnego wycia i jęczenia, to już dla mnie bomba. Blank Page, to jedna z najlepszych pozycji na Lotus. Skoro płyta ma tytuł Lotus, to powinny znaleźć się na niej kompozycje odkrywcze, egzotyczne, nietutejsze. Utworem, który choć trochę ma coś z tym wspólnego jest Cease Fire. Jest to jedna z ciekawszych pozycji na krążku. To coś czego jeszcze nie słyszałem. Jak ja to mówię, jest to ‚kulfonowaty utwór’, ale w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Nie znoszę za to z całego serca piosenki Circles. Refren brzmi jakby był nagrany telefonicznym dyktafonem w garażu. Wiem, wiem… To ładnie teraz nazywa się autotunem lub jeszcze innym ‚przepuszczaczem’ wokalu. Uwielbiam muzykę elektroniczną, ale tu został on użyty w nieznośny sposób. Okropna piosenka.

Tracklistę edycji standardowej zamyka piosenka Just a Fool, która bardzo podnosi poziom tego albumu. Nagranie z Blakiem Shelton’em jest gwoździem programu. Czymś, czego brakowało przez całe trwanie Lotus. Co ciekawe, nawet warstwa liryczna refrenu tejże piosenki jest warta zwrócenia uwagi – generalnie główna treść jest przekazywana w zwrotkach, a tu nawet refren jest coś wart:

Ciebie
Miałam serce tylko dla ciebie
Lecz nic nie boli bardziej, niż ty
Kto by pomyślał, że ta miłość jest tak okrutna
I ja
Czekałam, i czekałam tak długo
Na kogoś, kto nigdy nie wraca do domu
To moja wina, że myślałam, że będziesz szczery
Jestem po prostu głupia

Generalnie nie mam zwyczaju oceniać piosenek z wersji deluxe, bo wpływają one zazwyczaj destrukcyjnie na ocenę całego zestawu, ale tu postanowiłem zrobić mały wyjątek. Z tychże utworów do gustu przypadło mi nagranie Shut Up oraz genialny remix singla Your Body, który jest moim punktem obowiązkowym podczas codziennego słuchania muzyki. Oczywiście nie kleiłby się z utworami ze standardowej wersji Lotus i rozumiem jego brak tam, ale fajnie, że Christina zdecydowała się go dołączyć jako bonus.

Ogólnie mówiąc Lotus, to nie jest album moich marzeń. Nie kupię go sobie. Podejrzewam, że grymasiłbym nieco, gdybym go dostał w prezencie, a nie jestem osobą wybredną. Niestety pojedynek Bionic i Lotus, to jak dla mnie walka wściekłego byka z mleczną krową. Czuję się trochę zawiedziony, ale album ogólnie nie jest zły… Tylko to album Christiny, a po niej można spodziewać się najlepszego. Tu mi tego zabrakło.

 

Najlepsze utwory: Your Body oraz wersja zremiksowana tegoż singla, Just a Fool (feat. Blake Shelton), Make The World Move (feat. Cee Lo Green), Let There Be Love, Blank Page, Cease Fire

Najgorsze utwory: Red Hot Kinda Love, Sing For Me, Best Of Me, Empty Words

 

PLUSY:

– ciekawe intro,

- świetny wybór na singla utworu Your Body,

– świetne Blank Page i Just a Fool.

MINUSY:

- egzotykę tak zatytułowanego albumu słychać w bardzo małej ilości utworów, spodziewałem się czegoś bardziej eksperymentalnego,

– nierówny poziom płyty.

 

OCENA: 6,5/10

Lana Del Rey – Born To Die + Paradise Edition (2012) – RECENZJA

File:BornToDieAlbumCover.png

 O tym, że istnieje taki ktoś jak Lana Del Rey dowiedziałem się pod koniec 2011 roku za sprawą singla Video Games. Media się tym zachwycały – określały utwór ten jako fenomenalny, jako coś czego jeszcze nie było na dzisiejszym rynku muzycznym. Myślałem, przed odsłuchem tej piosenki, że jest ona mocno ‚radiofriendly’, a okazało się caaałkiem inaczej…
Wkrótce potem premierę miał drugi singiel Born To Die i płyta. Czy jest się czym zachwycać?
Tracklistę otwiera tytułowy utwór. Jego melancholia, lekko orkiestrowy instrumental i głos Lany dają olbrzymią dawkę przeżyć muzycznych, których ja nie potrafię opisać. To nie jest pospolity wyciskacz łez. To istna magia.
Drugą pozycją na płycie jest piosenka Off To The Races. Jest to szybsza kompozycja od wspomnianego Born To Die. Dodatkowo wokal Lany w refrenach jest prowadzony na nieco wyższych rejestrach. Chwilami mam wrażenie, że śpiewa go kilkuletnia dziewczynka. Ogólnie piosenka nie chwyciła mnie tak jak poprzedniczka. Brakuje jej magii. Przywyknąłem do Lany, która czaruje swoim głosem, a tu przybiera on kilka poziomów – gorszych lub lepszych. Jak dla mnie – zwykły przeciętniak.
Kolej na singiel Blue Jeans. Bardzo lubię tę piosenkę. Jest w takim szybszym (jak na Lanę) tempie i wyraźnie czuć w niej stopniowanie napięcia – szczególnie w ostatniej zwrotce robiącej za niemal niezauważalny, jak na piosenkę pop, most.
Pod numerem czwartym kryje się pierwszy (wspomniany już wyżej) singiel Video Games. Jest on nieco inny od pozostałej zawartości Born To Die. Także jest klimatyczny, osadzony w pewnych ramach muzycznych tej płyty, ale jakoś inaczej do niego podchodzę, z większym sentymentem. Być może dlatego, że to był mój pierwszy muzyczny bodziec od Del Rey. Przyjemny bodziec.

Następnym utworem na krążku jest Diet Moutain Dew. Da się słuchać go bez większego bólu, ale wgłębiając się w niego na dłuższą metę, można zauważyć, że jest jednopoziomowy. Nie dostarcza mi jakichś przefantastycznych przeżyć muzycznych. Bliżej mu do przeciętności Off To The Races niż do doskonałości Born To Die.
Dalej mamy piosenkę, dzięki której Stany Zjednoczone powinny zmienić swój hymn narodowy. National Anthem, bo o nim mowa, to chluba całego Born To Die. Można wyczuć lekkie hip – hopowe wpływy, co dodaje całości nowego świeżego tchnienia. National Anthem to jeden z mocniejszych punktów płyty.
Jakież było moje zdziwienie jak usłyszałem w polskim (!) radiu utwór Dark Paradise, który nie jest oficjalnym singlem. Polacy tę piosenkę bardzo polubili, lubię ją i ja, choć refren jest taki… Zbyt prosty, zbyt pospolity. Słuchając go, mam wrażenie, że gdzieś to już słyszałem. Niemniej jednak nie przekreślam Dark Paradise – całkiem fajnie,że na krążku się znalazł, ale jakby go nie było, pewnie bym nie płakał.
Jesteśmy przy numerze ósmym, a pod nim kryje się piosenka zatytułowana po prostu… Radio. Do komercyjnego radia się ona nie nadaje, ale np. RMF FM, które puszcza lubianą przeze mnie Imany czy właśnie Del Rey, przyjęłoby tę piosenkę z otwartymi ramionami. Uwielbiam brzmienie Lany w refrenie. Utwór uważam za bardzo udany.
Numer 9. na trackliście to piosenka Carmen. Lana tworzy muzykę na pograniczu niesamowitej magii i ‚ciągoflactwa’. Niestety kompozycję tę zaliczyłbym do tej drugiej grupy. Nie podoba mi się. Jest taka miałka, refren zdycha co raz bardziej po każdym zaśpiewaniu słowa ‚Carmen’.
Bardzo lubię za to numer Million Dollar Man. Wokal Lany brzmi bardzo wzruszająco w refrenie – w tym ostatnim tak, jakby miał się zaraz załamać. Kompozycję tę zaliczam do jednych z najbardziej emocjonalnych od Lany. Teksty Del Rey są często posypanie erotycznym pieprzem, ten już na początku daje na to dowód:

Powiedziałeś, że byłam najbardziej egzotycznym kwiatem
Trzymając mnie mocno w naszej szczytowej godzinie

Na reedycji krążka Born To Die jest numer, który swoimi emocjami jednak przyćmiewa, to co zostało ukazane w Million Dollar Man, ale  tym wkrótce.
Numer 11. to moja ulubiona piosenka od Lany Del Rey. Summertime Sadness, to tytuł trafiony w dychę. Tekst, wokal, teledysk – wszystko się zgadza, hajs również, gdyż wytwórnia Lany postanowiła wraz z początkiem lipca wypuścić utwór ten jako singiel w USA. Do dziś nie opuścił TOP 10 tamtejszego notowania i promuje artystkę, która, mimo, że jest Amerykanką, zbyt wielką sławą wcześniej się w swoim narodzie nie cieszyła.
Tracklistę wersji podstawowej krążka zamyka This Is What Makes Us Girls. Według mnie, lepszym rozwiązaniem na zamknięcie albumu byłoby umieszczenie jako ostatni track Summertime Sadness, a tak moje odczucie co do piosenki kończącej jest bardzo przeciętne. Kolejność umieszczenia piosenek na albumie ma dla mnie znaczenie.
Wersja deluxe została wzbogacona o trzy dodatkowe utwory – Without You, Lolita oraz Lucky Ones. Wszystkie trzy lubię, chętnie słucham i serdecznie wszystkim polecam. Kto polubił podstawową wersję Born To Die, powinien być też usatysfakcjonowany po odsłuchaniu bonusów.

File:Paradise EP.png

Born To Die: Paradise Edition

Już w listopadzie, czyli 10 miesięcy po wydaniu Born To Die, premiera miała reedycja płyty, traktowana także jako osobne EP – Born To Die: Paradise Edition.

Do dziś mam dylemat odnośnie tego, który krążek lubię bardziej. Lana z rozmachem zaczęła promocję EP’ki publikując do pierwszego oficjalnego singla Ride epicki, trwający ponad 10 minut teledysk. Utwór nadaje ton albumowi, jest charakterystyczny, piękny. Lana Del Rey po raz kolejny udowadnia, że potrafi wzruszać jak mało kto. Nie obchodzą mnie w tym momencie opinie ludzi mówiących, że jest produktem z tatusiem milionerem, który spełnia każdą jej fanaberię odnośnie tworzenia muzyki. Skoro robi to dobrze, to niech tworzy dalej i nie interesuje mnie zawartość jej portfela.

 

  Pozycją numer 2. jest piosenka American. Uwielbiam ten utwór, jest cudowny. Lana sprawia, że jestem w muzycznym raju. Czuję się jak prawdziwy anioł :).
Pora na najbardziej kontrowersyjny punkt albumu. Lana śpiewa, że jej cip*a smakuje jak cola. Z tego co pamiętam, kiedyś wyjaśniała powstanie warstwy lirycznej tego utworu. Del Rey kochała się kiedyś z jakimś mężczyzną, który powiedział, że jej jedna z intymnych części ciała smakuje jak popularny na całym świecie napój. Już nie wnikam w to ilu smaków (bądź jadów) ten pan doświadczył. Cola to całkiem dobry utwór.
Przyszła pora na utwór, do którego nawiązałem podczas pisania recenzji Born To Die. Jest nim numer Body Electric, który ma w sobie napchanych tyle emocji wyrażonych przez drżący głos Del Rey, że nie sposób słuchać go codziennie. Jednak uważam, że pomysł na piosenkę sam w sobie jest świetny, a wykonanie – to już zależy od gustu. Body Electric to, jak przywykłem określać takie utwory, muzyczny kulfon.
Kolej na utwór Blue Velvet. Chyba nie pozbędę się tych porównań… Piosenka ta kojarzy mi się z papierem toaletowym. Jednak wyzbywając się tej myśli, skupiam się na ogólnym wrażeniu. Jest ono pozytywne. Mimo, że to cover, piosenka jest tak złożona, że ma się wrażenie jakby była napisana wcześniej dla Lany, a nie kogoś innego.
Jednym z silniejszych punktów płyty jest Gods & Monsters. Ta powolna perkusja, ten tekst, ta cała magia tego utworu – to wszystko przyprawia mnie o dreszcze. Bardzo chciałbym zobaczyć klip do tego numeru. Szkoda byłoby zmarnować taką pozycję, pozostawiając ją bez oprawy graficznej – a jak wiadomo – teledyski w dzisiejszych czasach znaczenie mają.
Następną kompozycją na Paradise Edition jest Yayo. Charakteryzuje się częstym szeptaniem Lany i powolnym tempem. Biorąc pod uwagę całość EP’ki, tego utworu słucham najrzadziej. Mam na niego najmniejszą ochotę, nie jest on jednak zły!
Przedostatnią piosenką, którą nam zaserwowano jest Bel Air. Słuchając jej zawsze wyobrażam sobie jakąś kaplicę, coś sakralnego. Lana to diablica o głosie anioła i może dlatego niektóre jej piosenki sprowadzają mnie do czegoś świętego… Może czas wybrać się do kościoła :).

 Reedycję kończy bonusowe Burning Desire. Świetny, seksowny utwór opowiadający o pożądaniu. Jeden z mocniejszych punktów na tym EP.
Podsumowując całość, czyli zarówno Born To Die jak i Paradise Edition uważam, że to kawał dobrego klimatycznego indie popu. Bardzo fajnie, że na rynku pojawiła się taka postać jak Lana i z wielką niecierpliwością czekam na jej nowy materiał. Krążą plotki, że już powoli nad nim pracuje…

Najlepsze utwory: Born To Die, Video Games, Summertime Sadness, National Anthem, Million Dollar Man, Ride, American, Gods & Monsters

Najgorsze utwory: Dark Paradise, Carmen, Off To The Races, This Is What Makes Us Girls

PLUSY:

- niepowtarzalny klimat obu krążków,

- ciekawe teksty i instrumental,

- hipnotyzujący wokal Lany,

- Najmocniejsza piątka: Born To Die, Summertime Sadness, Gods & Monsters, American, Ride.

MINUSY:

- flegmatyczność niektórych numerów,

- wrażenie ‚nieskazitelnej produkcji’, co jest chwilami irytujące.

 

Born To Die: 8/10

Born To Die: Paradise Edition: 8,5/10

OCENA: 8,25/10

Coldplay – Mylo Xyloto (2011) – RECENZJA

Nigdy nie miałem ochoty na odsłuchanie płyt Coldplay. Nie wiem dlaczego – być może dlatego, że ich muzyka nie jest usilnie promowana w TV czy radio. Jako, że pochodząca z 2011 roku płyta Mylo Xyloto wygrała w sondzie na facebookowym fanpage’u bloga, postanowiłem się jej dokładniej przyjrzeć.
Cały zestaw otwiera intro o takim samym tytule co album. Brak w nim wokalu, jest dźwiękowo bardzo biedne i trwa jedynie nieco ponad 40 sekund. Nie przykuło mojej uwagi. Pewnie miało stanowić zaproszenie do odsłuchania krążka – ja zaproszony się nie czuję. Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że intro to nic w porównaniu z pełnym utworem. Mam wrażenie, że Mylo Xyloto zostało tu dodane na siłę, bo ‚fajnie jak płyta zaczyna się od intra’… To niech chociaż będzie ono ciekawe!
Pierwszym pełnym utworem, który już serio pracuje na opinię o płycie jest Hurts Like Heaven. Jest to pozytywny, przyjemny numer, który robi mi chrapkę na pozostałą część płyty.

Kilka miesięcy temu czytałem na jednym z forów dyskusję odnośnie występu Coldplay na jednym z festiwali rockowych. Ku mojemu zdziwieniu – internauci wypowiadający się w sprawie nie byli tym faktem zachwyceni. Wytykali zespołowi, że w ich nagraniach brakuje prawdziwego, gitarowego rocka. Podobnie sprawa miała się z 30 Seconds To Mars. Ja jednak uważam, że zespół, zarówno jeden jak i drugi, wypracowały sobie swój własny niepowtarzalny styl. Dla przykładu – 30 Seconds To Mars wplata w rock elektroniczne wstawki, co czyni ich numery bardziej świeżymi i przystępnymi, co nie oznacza komercyjnymi. Coldplay także ma swój styl. Zespół ten tworzy muzykę rock, ale taką, która jest znośna nawet dla wybitnie popowego gustu muzycznego.
Kolejnym utworem jest Paradise. Tytuł bardzo adekwatny do całości – to jedna z najprzyjemniejszych kompozycji na płycie. Lubię sobie włączyć na odtwarzaczu ten numer i oddać się w ponad 4-minutową podróż między świetnym, nieco bajkowym instrumentalem, a głosem Chrisa, który jest bardzo ciepły, przyjemny dla ucha.

Niestety tego samego co o Paradise, nie mogę powiedzieć o utworze Charlie Brown. Jego po prostu prawie się nie zauważa. Niczym się nie wyróżnia, jest dla mnie taki miałki. Próbowałem się do niego przekonać – nic z tego.
Podobnie sprawa niestety ma się z Us Against The World. Utwory spokojne muszą być chociaż ciekawe – ten nie jest. Jest nudzący. Moi znajomi twierdzą,ze tutaj Chris przebił Lanę Del Rey w kategorii ‚Największy zamuł’. W tym momencie odsłuchiwania płyty bałem się, że ta płyta najzwyczajniej w świecie zdechnie. Czy moje obawy miały swoje potwierdzenie dalej?
Idąc dalej, napotykamy intro o tajemniczym tytule M.M.I.X. Jest ono tak samo nic mi nie mówiące jak tytuł.
Bardzo podoba mi się kolejna piosenka, mianowicie Every Teardrop Is a Waterfall. Numer ten ratuje płytę przed zgonem. Bardzo fajny początek, który już zapowiada to, że będzie działo się coś więcej. I dzieje się. Słychać przyjemne gitarowe wstawki a i wokal Chrisa stanowi tutaj front, który pcha piosenkę ku górze.
Już miałem nadzieję, że to samo będę mógł napisać o Major Minus. Jak początek był serio bardzo, bardzo fajny, to później doszło ‚u u uuuu’, które mnie strasznie irytuje. Ogólne wrażenie – średnie.

Wiem, zdaję sobie sprawę, że moje recenzje wielokrotnie przybierają formę opinii. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie opisał tego co czuję sam, odsłuchując muzykę. Nie znoszę suchych, bezpłciowych recenzji – musicie mi wybaczyć.
Ze względu na swoją długość, dalej na płycie mamy utworek, a mianowicie U.F.O. Z kosmosem akurat piosenka ta ma mało wspólnego. Jestem zaskoczony. Byłem nastawiony na jakieś nieziemskie piski i popisywanie się wokalem a mamy tu bardzo spokojną kompozycję, której, gdyby nie tytuł, pewnie też bym nie zauważył…
Dalej mamy Princess Of China nagrane wraz z Rihanną. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy jakie przydarzyły się w jej karierze. Współpraca z Coldplay, to już coś. Wokalistka dała z siebie naprawdę dużo. Jej wokal i wokal Chrisa wspaniale ze sobą współgrają. Daje to świetny efekt. Instrumental tego numeru bardzo, bardzo oryginalny. Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem. Chłopaki z zespołu powinni się cieszyć z tej kolaboracji – cieszę się i ja.
Kolejną kompozycją na Mylo Xyloto jest Up In Flames. Wielkim plusem jest tu wokal Chrisa, który jest spokojny, ale nie usypiający, choć taki być też potrafi. Refren pokochałem od pierwszego odsłuchania. Coś pięknego. Up In Flames bez chwili zwłoki trafił na moją playlistę.
Idąc dalej, mamy intro A Hopeful Transmission. Jak dobrze liczę, to już trzecie intro i trzecie, które mnie, niestety, nie zaciekawiło. Są takie bez duszy. Destrukcyjnie wpływają ma moją ocenę Mylo Xyloto.
Końcówka płyty jest bardzo przyjemna. Don’t Let It Break Your Heart, to alternatywne gitarowe granie z ciekawą warstwą liryczną:

Chociaż krwawiliśmy mocno,
Nadal się czołgamy,
Próbujemy złapać kulę armatnią
I powolna fala, co pali,

Przepływa przez moje żyły
Z głębi własnego wraku, usłyszałem ją

Tracklistę zamyka kompozycja Up With The Birds, czyli kolejny udany numer grupy. Co prawda, nie ma nic w nim rewolucyjnego, czegoś co sprawiłoby, że zagościłby na mojej playliście na dłużej, ale lubię go za prostotę, spokojny wyważony wokal Chrisa, z którym nie trzeba się osłuchiwać żeby go polubić. Warstwa liryczna niebanalna:

Niebo jest niebieskie, marz o tym kłamstwie, aż się ziści
I przyjmij ciosy jakie ci zadałem
Moje ramię poruszyło tym niezdarnym skrzydłem
Wyślij mnie do tego pięknego świata
I wzniosę się w górę razem z ptakami

Podsumowując, doceniam płytę Mylo Xyloto za bajkowość tekstów i dźwięków w niektórych nagraniach. Wokal Chrisa, to kolejny plus tej płyty. Chciałbym, aby kiedyś zespół zdecydował się na współpracę z Laną Del Rey – to byłoby coś magicznego. Mimo, że większość nagrań całkiem podobała mi się, uważam, że muzyka Coldplay, a konkretnie Mylo Xyloto, to ‚rock dla marzycieli’, nie przykłada się on raczej do tworzenia  kultury prawdziwego rasowego rocka aczkolwiek stanowi całkiem zjadliwą alternatywę dla tej muzyki.

Najlepsze utwory: Up In Flames, Paradise, Princess Of China (ft. Rihanna), Hurts Like Heaven, Up With The Birds

Najgorsze utwory: Charlie Brown, Us Against The World oraz wszystkie trzy intra (Mylo Xyloto, M.M.I.X. oraz A Hopeful Transmission)

PLUSY:
- wokal Chrisa w większości utworów jest bardzo przyjemny i stanowi trzon całości,
- udana kolaboracja z Rihanną oraz wyjątkowo dobre Up In Flames,
- ciekawy klimat płyty,
- warstwa liryczna.

MINUSY:
- trzy nieciekawe intra,
- okropnie usypiające Us Against The World.

OCENA: 7/10